Lecimy na babie doły

Nadszedł wreszcie ten długo wyczekiwany przez nas dzień – lecimy na Babie Doły. Lot prawie jak każdy inny, a jednak…. Po kilkunastu latach wrócić na lotnisko, na którym spędziło się całe zawodowe, lotnicze życie – to musi być przeżycie. Wszystkie formalności załatwione, zgoda z Szefostwa Ruchu Lotniczego Sił Zbrojnych jest, pogoda jak na zamówienie. Lecimy nad Kaszubami, gdzieś tam w tle panująca nad terenem Wieżyca, w oddali podchodzące do lądowania w Rębiechowie samoloty pasażerskie, przesuwające się pod skrzydłami znajome widoki. Wypatrujemy. Jest !!!. Na ten widok warto było czekać. Gdynia przywitała nas zamgleniem i lekkim wiaterkiem od zatoki. Lądujemy kolejno na RWY13, zaraz po dęblińskiej senece i powolutku kołujemy na stoisko. Jesteśmy u siebie !!!.

Rozglądamy się ciekawie po lotnisku. Niby znajome, a jednak sporo się zmieniło. Nowa wieża portu lotniczego, gdzieś w oddali kompleks nowego portu cywilnego, nowe oznaczenia drogi startowej i dróg kołowania, nowe, nowoczesne budynki do obsługi i remontów sprzętu lotniczego. Tylko pootwierane wrota pustych schronohangarów, jak puste oczodoły niewidzącej twarzy, psują trochę ten pozytywny odbiór. Jeszcze niedawno drzemały w nich nasze „zaczarowane ołówki”.

Impreza jak impreza – jak to w wojskowym ceremoniale. Okolicznościowe przemówienia, trochę „zadęcia”, skromna defilada niewielkiego pododdziału reprezentującego Brygadę. Za to całkiem nieźle zorganizowany pokaz sprzętu lotniczego i nie tylko. Oczywiście – robimy sobie wspólne zdjęcie przy MiG-u 29.

Ale najważniejsze – widzimy mnóstwo znajomych twarzy. W wielu przypadkach są to prawdziwe spotkania po latach. I po to tutaj przede wszystkim przylecieliśmy. Nie będę wymieniał wszystkich, których udało nam się spotkać. Ważne, że choć przez kilka godzin mogliśmy znów poczuć tą atmosferę, dla której spędziliśmy na tym lotnisku większość dorosłego życia. Spotkać ludzi, z którymi przez tyle lat dzieliło się los, na których można było liczyć, z którymi latało się skrzydło w skrzydło, którzy ciężko na nasze lotnicze sukcesy pracowali.

Tadeuszowi też chyba się podobało. Tadeusz nie jest co prawda zaprzysięgłym pacyfistą, a tak się jakoś w jego życiu złożyło, że w wojsku nigdy nie był. Nie był nawet nigdy w żadnej jednostce wojskowej. Dobrze więc chyba się stało, że trafił najpierw na lotnisko. A nie do pułku czołgów. Albo rowerów podwodnych.

Czas płynął nieubłaganie. Żegnamy się już z naszym lotniskiem. Jeszcze tylko przelot nad miejscem pokazów, ostatni rzut oka na lotnisko i już jesteśmy na kursie do Linowca.

To był piękny dzień….